My, wydrążeni ludzie,
My, chochołowi ludzie,
razem się kołyszemy.
T. S. Eliot
Pierwsza połowa XX wieku to trudny okres, w którym wszystkie nadzieje na lepszą przyszłość zostały pogrzebane pod „gruzami wojny”. Ludzie, zatopieni w pięknych kolorowych snach, już za chwilę mieli się przebudzić w „koszmarze rzeczywistości”.
Świat nie zapomniał o poezji, lecz rzucił na nią swój gorzki cień. Człowiek marzący o wytchnieniu krył się w głębinie własnego wnętrza. Tylko tam jego uczucia i myśli były bezpieczne.
Świat Józefa Czechowicza często przybierał odcień szarości. Czynny udział w pierwszej wojnie światowej, odcisnął niezmywalne piętno na psychice młodego poety.
Widok śmierci zachwiał wiarę w piękno i wartości. Poezja nie była dla niego ucieczką,
a raczej naczyniem na ból, strach i iskry nadziei. Katastrofizm stał się jedyną możliwą i ciągle otwartą drogą wypełnioną zwątpieniem i niepokojem, ściśle związany z nieznaną przyszłością. Oprócz ciepłych arkadyjskich wizji w wierszach Czechowicza nieustannie gości śmierć. Czasem jest tylko niewielkim skrawkiem cienia, czymś nieodłącznym, cicho tułającym się na granicy świadomości. Innym razem porywa do tańca całą uwagę poety.
Jako tajemnica fascynuje i przeraża, pociąga i odpycha, jest zdobywczynią, której nie sposób się oprzeć. Jednak Czechowicz nie chce żyć w strachu i szarości, próbuje znaleźć choćby chwilowe ukojenie. Szuka panaceum na przyszłość, której się lęka.